Do ukończenia nowego komiksu brakuje mi trzech kadrów, niestety, na wszystkich trzech muszę narysować Daniela, który obecnie wychodzi mi jak hybryda mojego dziadka i Tadeusza Konwickiego. Ale co tam.
poniedziałek, 28 września 2009
A place called home
Weekend minął pod znakiem przekształcania mojej przestrzeni życiowej w naszą przestrzeń życiową. Naszą i psa. Oprócz tego, że przez całą sobotę miałam ściśnięty żołądek i natrętne myśli o konfiguracjach mebli na 20 metrach, a wczoraj w Ikei znienawidziłam świat/ludzi bardziej niż kiedykolwiek, jest dobrze. Daniel skręca meble nocami, ja leżę z papierosem i powieścią Dickensa w wannie, a dzisiaj połączymy symbolicznie oraz praktycznie nasze księgozbiory i komiksiki.
Do ukończenia nowego komiksu brakuje mi trzech kadrów, niestety, na wszystkich trzech muszę narysować Daniela, który obecnie wychodzi mi jak hybryda mojego dziadka i Tadeusza Konwickiego. Ale co tam.

Do ukończenia nowego komiksu brakuje mi trzech kadrów, niestety, na wszystkich trzech muszę narysować Daniela, który obecnie wychodzi mi jak hybryda mojego dziadka i Tadeusza Konwickiego. Ale co tam.
środa, 23 września 2009
Kraków piękny, trochę śmierdzi
piątek, 11 września 2009
Hej, zagrajcie muzykanty!

Oto Batman, którego wytworzyłam jeszcze nad morzem dla Kolorowych Zeszytów.
Spodziewam się, że inspiracja jest czytelna.
Z planów rysowniczych: plakat do nowego mieszkania mojej lubej siostry oraz komiks promujący scenariusz filmu dyplomowego Grzegorza Jaroszuka oraz komiks o menelach. Tak. Znowu.
Z innych planów: wyspać się wreszcie i wspierać psychicznie działalność charytatywną Daniela.
środa, 9 września 2009
Pięć ćwierci do śmierci, część 4 i ostatnia
poniedziałek, 7 września 2009
Pożegnanie lata
Z dumą oznajmiam, że w sobotę udało nam się z Danielem dokonać niemożliwego - nie zaspaliśmy (prawie), nie spóźniliśmy się na pociąg o 12, co pozwoliło nam spotkać na Zachodnim Arcza i Timofa (który jednak po wygłoszeniu kilku pogróżek wysiadł na Centralnym), a Wondera na Wschodnim i dotrzeć do Siedlec prosto w ramiona Jacka. Niestety, zdjęcia z tej części podróży utknęły w zepsutym aparacie Daniela (swoją drogą, unicestwienie dwóch aparatów przez jedno gospodarstwo domowe w trakcie miesiąca to dobry wynik, umiecie tak?). Pierwsze ujęcia pochodzą więc z baru piwnego, gdzie chłopcy udają, że się cieszą ze spotkania:

Ponieważ z pewnych przyczyn spóźniliśmy się na autobus, czas oczekiwania spędziliśmy w prawdziwym game barze, pojedynkując się przy piłkarzykach, gruszce bokserskiej, wyścigach samochodowych i flipperach (większość zdjęć także niedostępna). Tutaj z przerażeniem i lekkim niedowładem umysłowym staram się przybliżyć do rekordu Daniela:

A potem wyruszyliśmy! Ach, ta gorączka szosy! Ach, te emocje!

Jak możecie się spodziewać, na działce było co niemiara śmiechu i kiszonki, ale o tym nic nie zamierzam pisać. Było też ZIMNO. Bardzo ZIMNO. Oficjalnie dziękuję Danielowi za oddanie mi swoich wszystkich swetrów, kurtek i śpiworów. Nie było mi cieplej, ale doceniam.

Wonder nie załapał się już na ubrania Daniela i musiał sobie radzić inaczej.

Po przeniesieniu się do wnętrz prakolebki Jacka rozegraliśmy kilka partii Prawa Dżungli (dwie). Wygrałam wszystkie.

O tym nie chcę mówić:

A o tym tym bardziej nie chcę mówić. A wy bardzo nie chcecie wiedzieć:

Oczywiście tak znakomici twórcy komiksików jak my nie mogliby zasnąć bez stworzenia czegoś wiekopomnego. "Coś" niedługo wypłynie w sieci, tymczasem możecie podziwiać rozmyślającego nad wielkim otwarciem Daniela i mnie po sporej ilości alkoholu, rozmyślającą kompletnie o niczym.

Bonus z sobotniej nocy: nowe włosy Wondera:

Następnego dnia było równie zimno, ale my byliśmy równie zadowoleni (jako reprezentant kolektywnego zadowolenia - Arcz).

Jacek pamięta, że jedzenie ma być nie tylko smaczne, ale też sprawiać estetyczną przyjemność, a ja i Wonder jesteśmy surowo upomniani przez producenta (przeterminowanej) sałaty:


Potem zostaliśmy zagonieni do pracy przy kiszonce, przy czym Daniel narysował bardzo ładnie, a Wonder najwyraźniej nadal zachował w pamięci pewną minę pewnego Jacka z pewnej soboty:



Po pracy nastąpiła kolej na tradycyjne zdjęcia grupowe, na drugim wbrew pozorom nie wymiotuję, a poluję na wyjątkowo dorodny okaz podlaskiego insekta.


A potem przenieśliśmy się na premierowe występy w sianie, po którym panowie uwijali się jak Supermeni, a ja nie, bo bałam się wysokości.




Portret artystów z czasów młodości:

Ponieważ tym razem nie zabrałam na działkę Bolka the Dog, musiałam znaleźć sobie innego podopiecznego.

Śmiała próba wzbudzenia lęku w Wonderze zakończyła się jednak porażką. Mariusz także kocha zwierzęta, dlatego lubi je zabijać. Nie zabiłby zwierzęcia, którego nie kocha.
Szczęśliwie konik polny nie wzbudził w nim sympatii i uszedł z życiem.


Czekając na Niewidzialny Autobus Jacka dowiedzieliśmy się, jak wygląda przyszłość Polski:

A potem odjechaliśmy melancholijnie w zapadający mrok i nadchodzącą jesień. Lecz kiedyś na pewno wrócimy tu znóóó-óóóóów.
Ponieważ z pewnych przyczyn spóźniliśmy się na autobus, czas oczekiwania spędziliśmy w prawdziwym game barze, pojedynkując się przy piłkarzykach, gruszce bokserskiej, wyścigach samochodowych i flipperach (większość zdjęć także niedostępna). Tutaj z przerażeniem i lekkim niedowładem umysłowym staram się przybliżyć do rekordu Daniela:
A potem wyruszyliśmy! Ach, ta gorączka szosy! Ach, te emocje!
Jak możecie się spodziewać, na działce było co niemiara śmiechu i kiszonki, ale o tym nic nie zamierzam pisać. Było też ZIMNO. Bardzo ZIMNO. Oficjalnie dziękuję Danielowi za oddanie mi swoich wszystkich swetrów, kurtek i śpiworów. Nie było mi cieplej, ale doceniam.
Wonder nie załapał się już na ubrania Daniela i musiał sobie radzić inaczej.
Po przeniesieniu się do wnętrz prakolebki Jacka rozegraliśmy kilka partii Prawa Dżungli (dwie). Wygrałam wszystkie.
O tym nie chcę mówić:
A o tym tym bardziej nie chcę mówić. A wy bardzo nie chcecie wiedzieć:
Oczywiście tak znakomici twórcy komiksików jak my nie mogliby zasnąć bez stworzenia czegoś wiekopomnego. "Coś" niedługo wypłynie w sieci, tymczasem możecie podziwiać rozmyślającego nad wielkim otwarciem Daniela i mnie po sporej ilości alkoholu, rozmyślającą kompletnie o niczym.
Bonus z sobotniej nocy: nowe włosy Wondera:
Następnego dnia było równie zimno, ale my byliśmy równie zadowoleni (jako reprezentant kolektywnego zadowolenia - Arcz).
Jacek pamięta, że jedzenie ma być nie tylko smaczne, ale też sprawiać estetyczną przyjemność, a ja i Wonder jesteśmy surowo upomniani przez producenta (przeterminowanej) sałaty:
Potem zostaliśmy zagonieni do pracy przy kiszonce, przy czym Daniel narysował bardzo ładnie, a Wonder najwyraźniej nadal zachował w pamięci pewną minę pewnego Jacka z pewnej soboty:
Po pracy nastąpiła kolej na tradycyjne zdjęcia grupowe, na drugim wbrew pozorom nie wymiotuję, a poluję na wyjątkowo dorodny okaz podlaskiego insekta.
A potem przenieśliśmy się na premierowe występy w sianie, po którym panowie uwijali się jak Supermeni, a ja nie, bo bałam się wysokości.
Portret artystów z czasów młodości:
Ponieważ tym razem nie zabrałam na działkę Bolka the Dog, musiałam znaleźć sobie innego podopiecznego.
Śmiała próba wzbudzenia lęku w Wonderze zakończyła się jednak porażką. Mariusz także kocha zwierzęta, dlatego lubi je zabijać. Nie zabiłby zwierzęcia, którego nie kocha.
Szczęśliwie konik polny nie wzbudził w nim sympatii i uszedł z życiem.
Czekając na Niewidzialny Autobus Jacka dowiedzieliśmy się, jak wygląda przyszłość Polski:
A potem odjechaliśmy melancholijnie w zapadający mrok i nadchodzącą jesień. Lecz kiedyś na pewno wrócimy tu znóóó-óóóóów.
piątek, 4 września 2009
Spirala

Po epickiej porażce, której doznałam na polu "Komiks na MFK" prezentuję tę oto skromną planszę przedstawiającą mój standardowy proces myślowy, a także mój standardowy nawyk zapominania o wyjęciu ubrań z pralki.
Nic więcej nie napiszę, gdyż muszę symultanicznie wyszykować się na wesele, gdzie będę stanowić godne tło dla Daniela(przynajmniej taki mam zamiar), oraz na działkę do Jacka, pożegnać sezon w towarzystwie komiksiarzy i kiszonki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
