piątek, 31 lipca 2009

Odmiana masochizmu...



Wczoraj robiliśmy z Wonderem próbę techniczną przed niedzielną akcją, rozmyślając przy okazji nad ulotką, która wypadła z gazety. Oto jedna z naszych refleksji w formie ordynarnego collage'u.
Ja wiem, na co się narażam, robiąc takie zestawienie, ale niezależnie od tego, jaka jest moja opinia na temat Powstania (a mieszkam na Woli i codziennie na nowo pejzaż miejski przypomina mi, co się stało z cywilami...), uważam, że tegoroczna ulotka jest lekko niestosowna. Ot, wesołe sierpniowe gry uliczne. Nie wiem, jaki był zamysł autora, ale dla mnie skojarzenie jest proste - większość takich pogodnych młodzieńców i dziewcząt zginęła, pół biedy, jeżeli byli powstańcami - przynajmniej chcieli walczyć. A co z takimi jak ja, którzy chętnie schowaliby się z rodziną do mysiej dziury?

czwartek, 30 lipca 2009

Hej hej, kto pokryje Jordana?

Wczoraj rozegrałam najmilszy mecz w CBA ever ever ever. Mogłam sobie robić dwutakty, rzucać spod brody, jedną ręką, na ślepo przed siebie i za siebie i wszystko to uchodziło mi na sucho - a to dlatego, że wystąpiłam w duecie z Magicznym Timofem. Nie ważne, co zrobiłam, Timof i tak zawsze zdążył dobiec, złapać, zebrać i wrzucić do kosza, z dwoma zawodnikami drużyny przeciwnej na plecach i jednym u nogi. Pokonaliśmy Wondera, Kubę i Maćka Banasia (nowy, cenny nabytek) 100:59. Jeżeli chodzi o mnie, bardzo chętnie będę grała do końca sezonu w tym ustawieniu.

Oto cały skład:



Wszyscy skakali (no dobra, oprócz mnie) ale Timof skakał najwyżej i najdokładniej:







Koncepcji na pokonanie Dream Team było wiele, między innymi Atak Psychologiczny oraz Niespodziewane Formacje Baletowe:





Nie ważne, że piłki nie widać, Timof i tak ją złapie:



A tutaj ja krzeszę z siebie rzadkie iskry dynamizmu:




Całość spektaklu dzielnie obserwowała moja siostra Urszula, której dziękuję za 1500-2-900 zdjęć, a także Bolek The Dog.



Na koniec zjawił się też Kingpin, ale pochłonęły go komiksiki i nie włączył się do gry.



Zapraszam na poniedziałek, czas i miejsce bez zmian.

wtorek, 28 lipca 2009

Hej hej, tramwaj i CBA



Janek, Timof i TeO naprawiają siatkę - oto najbardziej pamiętny dla mnie moment wczorajszego meczu, jako osoba z lękiem wysokości prawie zwymiotowałam ze strachu. Poza tym graliśmy na dwa kosze, było mnóstwo biegania, pękniętych serc i wyplutych płuc, a w obu meczach wygrała drużyna prowadzona przez Timofa, więc bez niespodzianek. Ogólnie poziom i średnia wzrostu przerażająco się podniosły.

Natomiast dziś w tramwaju ze zgrozą odkryłam że:



I nic nie jest już takie samo.

poniedziałek, 27 lipca 2009

Komiksowy Kampinoski Rajd Rowerowy Hardkorowy Cośtam Cośtam

Hejże, mówi się, że człowiek nie jest herosem, tylko człowiekiem, ta prosta zasada nie ma jednak zastosowania, jeżeli chodzi o komiksiarzy! A przynajmniej Janka Mazura, Wondera, Daniela, Jacka i mnie. Nie zważając na ponownie niesprzyjającą pogodę przejechaliśmy 60 km po piachu, błocie, wodzie, kocich łbach, korzeniach, chodnikach i trasach szybkiego ruchu oraz rozmaitej jakości poboczach, co więcej, przez większość czasu nie mieliśmy pojęcia, dokąd właściwie jedziemy. Taka postawa zasługuje na szacunek!

A oto relacja, zdjęcia Jacka, tekst mój, muzyka szwagra.

Pomimo przeciwności Jacek dociera punktualnie nie tylko do Warszawy, ale i na plac Wilsona.



Plac Wilsona, drobna konsternacja, gdyż okazuje się, że nie mamy mapy. Robocza trasa wg Daniela, "Chomiczówka, Chomiczówka, tak jak 700, KAMPINOS" okazuje się być właściwym wyborem...



... i docieramy do Puszczy punktualnie w porze deszczowej.



Jeżeli ktoś spodziewa się ciekawostek przyrodniczych i krajoznawczych, nie ma na co liczyć. Nie zwiedziliśmy i nie obejrzeliśmy NIC - cały czas pędziliśmy przed siebie, nie wiadomo gdzie i po co, ale było to dość zabawne.




Daniel usiłuje umieścić drzewo w pierwotnym położeniu.



A tu najpiękniejsza kreacja dnia, niestety nieco nieostra - szlafrok deszczowy.



Na jedynym popasie prowadzę warsztat "Ekstremalna Bulimia, czyli jak zwymiotować na huśtawce i złapać to z powrotem".



Nadludzie w komplecie, zawołanie bojowe "LURPAK!!!"






Komary rypią, a my orientujemy się, że właśnie minęliśmy cmentarze w Palmirach podczas szaleńczego podjazdu pod górę po piachu i kocich łbach, więc możemy sobie co najwyżej obejrzeć wioskę.



Asfaltowy zjazd do Palmir. Daniel z narażeniem życia uwiecznia poszczególnych uczestników. Nie pada. Happy times.



Prażynka o smaku naturalnym wdzięcznie i naturalnie rozpuszcza się w kałuży. W dokumentacji fotograficznej brak "soku" Dodoni, którym raczył się Wonder, ale my będziemy pamiętać...



Wracamy do Warszawy - za chwilę zobaczymy, że zostało nam do pokonania jedyne 25 km (do granic miasta, nie do końca wyprawy, oczywiście). Ale póki co - happy times!



Podczas odpoczynku przed liceum Daniela (nieoczekiwany punkt programu) mieliśmy okazję sprawdzić, kto z nas jest bardziej człowiekiem na podstawie książki "Czarne Stopy"...





... a Daniel, niczym Marceli Szpak dziwi się światu, zażył kąpieli w kałuży (reszta zdjęć jest zbyt śmiała, by je opublikować...)



Ostatnim punktem programu było celebrowanie ujścia z życiem z kampinoskich bezdroży w barze "Pod Rurą", jednak te wymizerowane twarze nie byłyby miłym widokiem dla moich kochanych czytelników, pozwolę sobie więc zakończyć w tym miejscu.

Wnioski końcowe:

Głęboki podziw dla Janka, który się nie zmęczył i nie ubrudził
Podziękowania dla mojej siostry i Justyny Musialskiej, które zapewniły 2/5 uczestników rowery
A co jakby w lesie był Predator?

Trzy nieczyste zagrania



Trzy nieczyste zagrania z okazji zaręczyn mojej siostry, której niniejszym dedykuję owe paski. Wszystkiego dobrego na nowej drodze życia, moja ulubiona osobo/unklefucker, that's you.
Teraz zabieram się do pracy nad komiksami dla Kolektywu, Maszina i na konkurs w Łodzi, także w najbliższym czasie nic tu raczej nie wrzucę, żeby nie spoilerować własnych dzieł.
Można się za to spodziewać fotorelacji (tak!kolejnej!) z Kampinoskiego Komiksowego Rajdu Rowerowego, który przemienił mnie w 65 kg tłuczonego mięsa.

wtorek, 21 lipca 2009

Kabacki Piknik Komiksowy

Po jakże pięknej, lipcowej sobocie, kiedy to można było roztopić się w cieniu, przyszła długo wyczekiwana niedziela, na którą zaplanowany został Kabacki Piknik Komiksowy. Komiksiki, siatkówka, grill, opalanie, gry planszowe... Niestety, spełniła się klątwa Wondera, który wyjeżdżając do Czech wyraził nadzieję, że tego dnia będzie burza z piorunami.Po drobnej modyfikacji otrzymaliśmy 17 stopni i nieustający deszcz. Dziękujemy.



Jednak w środowisku komiksowym tkwi siła, której nikt się nie spodziewa po tak wątłych ciałach i umysłach! Pogoda pogodą, a my i tak zwartą grupą wyruszyliśmy ze stacji metra Kabaty, całą naprzód ku nowej przygodzie, skrytej pod strzechą baru "U Marucha". Właściciel zdębiał na nasz widok, jednak wykazał się podziwu godną gościnnością, rozpalił grilla i powiedział, że możemy robić na jego terenie to, co chcemy. I tak też było.

Na początek relacji mała panorama uczestników:



Tutaj stół z grami, które wszyscy karnie dostarczyli w hurtowych ilościach:



A tu tajemniczy zegarek Timofa, narzędzie do ostatecznego pognębienia agentów wrogich wydawnictw:



Po spożyciu kilku piw na rozgrzewkę przystąpiliśmy do rozgrywek, wzbudzając zachwyt pomieszany ze zdumieniem w Panu Właścicielu U Marucha. Zaczęło się spokojnie:



Ale potem na stół wyjechało "Prawo dżungli"!







Mateusz nie mógł się pogodzić z porażką:



A Marta a.k.a "Roszpunka" ze spokojem przyglądała się graczom.



Potem pokusiliśmy się o Twistera, w którym haniebnie poległam z powodu słabego tricepsa, Tomek dyktował, a wygrał Daniel. Albo TeO.







Po spożyciu trudno dostrzegalnej karkówki i przybyciu młodej krwi, czyli Kasi i Roberta, oraz Oli i Rafała, wyruszyliśmy w stronę metra na poszukiwanie nowego lokalu, trochę lepiej izolowanego od deszczu.









Niektórzy byli do tej drogi przygotowani nieco lepiej niż reszta:




W metrze odbył się mały popas i próba sił:





Odyseja skończyła się w Wieżycy, gdzie przystąpiliśmy niezwłocznie do dalszej konsumpcji piwa i drużynowej gry w kalambury.











Hipotetyczne osoby zgadywały doskonale, co wzbudziło w nich zrozumiałą wesołość:



Daniel na poczekaniu sporządził kilka portretów pamięciowych:



A Timof oddał się niekulturalnemu działaniu na szkodę baru:



A potem działo się jeszcze wiele wiele wiele, pozwolę sobie więc zakończyć tradycyjnym "Kto ma wiedzieć, ten wie". Powiem tylko, że kiedy wstałam rano, pojazd, którym TeO i Daniel uprzejmie odwieźli mnie do domu, nadal stał zaparkowany przed klatką...



Do następnego!

ZDJĘCIA WYKONALI: OLA, JACEK, GONZO I PEWNIE KILKA JA, ALE NIE PAMIĘTAM