piątek, 28 sierpnia 2009
czwartek, 27 sierpnia 2009
A fistful of...
W dniu dzisiejszym prezentuję komiks "Śmieć i dziewczyna", w którym oddaję hołd wyjątkowemu poczuciu humoru mojego taty, które towarzyszyło mi nieustannie przez 26 lat.

Z innych epokowych wydarzeń, udaliśmy się z Danielem do Poznania na koncert Radiohead (dziękujemy Justynie i Michałowi za najbardziej komfortowy transport z możliwych), o którym zapewne napisze coś Daniel. Ja znam się na pisaniu o muzyce jak na stepowaniu po trawniku, parafrazując Franka Zappę. Ograniczę się do stwierdzenia, że widząc wejście Thoma Yorka na scenę czułam się jak w dniu, kiedy po raz pierwszy (i póki co, ostatni) zobaczyłam na własne oczy delfiny. Prawie się popłakałam. Inna refleksja: w Poznaniu jest niedorzecznie dużo świateł na przejściach dla pieszych.
Na zdjęciach odpowiednio: ja i najdroższa woda w Poznaniu, ja, Absolutna Menda Deadline'owa oraz inna menda, która ukradła nam punktum.


Poza tym:
- będę w nowym Kolektywie
- z użyciem niewolniczej pracy Daniela kończę powoli Essex County
- a z użyciem własnej zamierzam zrobić sześć kolorowych plansz w trzy dni do Łodzi
- polecam bloga Wondera, prawdziwego konesera warszawskich falafeli i wielkiej nadziei białych w zakresie wzornictwa koszulkowego.
- poza tym jestem podejrzanie szczęśliwa. Pewnie mam raka.

Z innych epokowych wydarzeń, udaliśmy się z Danielem do Poznania na koncert Radiohead (dziękujemy Justynie i Michałowi za najbardziej komfortowy transport z możliwych), o którym zapewne napisze coś Daniel. Ja znam się na pisaniu o muzyce jak na stepowaniu po trawniku, parafrazując Franka Zappę. Ograniczę się do stwierdzenia, że widząc wejście Thoma Yorka na scenę czułam się jak w dniu, kiedy po raz pierwszy (i póki co, ostatni) zobaczyłam na własne oczy delfiny. Prawie się popłakałam. Inna refleksja: w Poznaniu jest niedorzecznie dużo świateł na przejściach dla pieszych.
Na zdjęciach odpowiednio: ja i najdroższa woda w Poznaniu, ja, Absolutna Menda Deadline'owa oraz inna menda, która ukradła nam punktum.
Poza tym:
- będę w nowym Kolektywie
- z użyciem niewolniczej pracy Daniela kończę powoli Essex County
- a z użyciem własnej zamierzam zrobić sześć kolorowych plansz w trzy dni do Łodzi
- polecam bloga Wondera, prawdziwego konesera warszawskich falafeli i wielkiej nadziei białych w zakresie wzornictwa koszulkowego.
- poza tym jestem podejrzanie szczęśliwa. Pewnie mam raka.
niedziela, 23 sierpnia 2009
Spotkanie nad morzem


Witam ponownie, jest niewymownie.
Tydzień temu wróciłam znad morza, ale nie ma biura - nie ma internetu, więc dopiero dziś prezentuję pierwszą część wyjazdowego urobku, wykonaną w bólach między literowaniem "Essex County" a przysmażaniem się na plaży. Coming up: "Śmieć i dziewczyna" oraz jedna z plansz do "Kolektywu". Pozostańcie w dotyku.
PS. Fotorelacji z urlopu nie będzie, gdyż udało mi się zgubić aparat już pół godziny po przyjeździe na Hel. Sama siebie podziwiam.
wtorek, 4 sierpnia 2009
How to disappear completly
Jadę wreszcie na wakacje, pracować jak wściekła na innych niwach, że tak powiem.
Wracam za dwa tygodnie jako zupełnie nowy człowiek, a do tego czasu nie mam internetu, więc jeżeli ktoś czegoś ode mnie chce (w co wątpię), niech dzwoni na komórkę.
Nas tam nie chce być!
Do zobaczenia.
Wracam za dwa tygodnie jako zupełnie nowy człowiek, a do tego czasu nie mam internetu, więc jeżeli ktoś czegoś ode mnie chce (w co wątpię), niech dzwoni na komórkę.
Nas tam nie chce być!
Do zobaczenia.
poniedziałek, 3 sierpnia 2009
MPO wieczorową porą
Zacznę od pięknego plakatu, który do moich wyszukanych słów zaprojektował Daniel, tracąc część pikniku na Kabatach:

Niestety, ponieważ z owego pikniku wróciłam dopiero o 15.30 dnia następnego i to w dodatku w nieciekawym stanie i z menelską opalenizną, którą dostrzec będzie można w dalszej części relacji, nie rozwiesiłam ogłoszeń i nie kupiłam ciastek. Oficjalnie przepraszam więc Daniela za moje wstrętne zachowanie.
Konsekwencją tego była skromna frekwencja na samej akcji: Wonder jako członek z ramienia MPO, ja jako ja, Ula, Kuba i Daniel jako widzowie, trzy osoby z Superstacji jako media i Bolek jako pies.
Udajemy się w stronę opuszczonych fontann, w których dostrzegłam kiedyś w szaleńczym widzie kwietniki. Wonder dzielnie niesie 50 litrów ziemi:

Urocze słoneczne popołudnie, walczę z kacem:

Zgodnie z zaleceniem, które zawsze słyszymy od Jacka Ystada, udajemy, że nam się podoba, a Bolek zostaje gwiazdą telewizji:


Pod czujnym okiem kamery i Daniela sadzimy aksamitki, rozmaryn i lawendę


A ja nadal walczę z kacem i doznaję istnego słowotoku, chociaż tak naprawdę nie do końca wiem, co mówię, o czym mówię i jaki jest szerszy zamysł mojej wypowiedzi (co jednak spotyka się z uznaniem w oczach dziennikarki, którą najbardziej zachwyca ignorancja Wondera w zakresie... wszystkiego, co dotyczy MPO).


Kuba jest kwiaciarką, sprzedaje tu róże:

Na koniec powiedzieliśmy jeszcze mnóstwo rzeczy, o których nie mamy pojęcia i można już było oddać się kontemplowaniu wykonanego dzieła:



Lokalni mieszkańcy byli bardzo zainteresowani całym przedsięwzięciem:

Ale kiedy wracaliśmy na zasłużony odpoczynek przy herbacie i ciastkach, okazało się, że (jeszcze wczoraj stała w lesie, dzisiaj przyszła do nas) nieśmiało włączyli się jednak do akcji:

Dziękuję wszystkim za przybycie, Uli za zdjęcia, Wonderowi za przyjęcie do partyzantki, Danielowi za wyrozumiałość, i tak dalej i tak dalej.
Ou, that was FUN, jak mawiał pan Patafian z Monty Pythona.

Niestety, ponieważ z owego pikniku wróciłam dopiero o 15.30 dnia następnego i to w dodatku w nieciekawym stanie i z menelską opalenizną, którą dostrzec będzie można w dalszej części relacji, nie rozwiesiłam ogłoszeń i nie kupiłam ciastek. Oficjalnie przepraszam więc Daniela za moje wstrętne zachowanie.
Konsekwencją tego była skromna frekwencja na samej akcji: Wonder jako członek z ramienia MPO, ja jako ja, Ula, Kuba i Daniel jako widzowie, trzy osoby z Superstacji jako media i Bolek jako pies.
Udajemy się w stronę opuszczonych fontann, w których dostrzegłam kiedyś w szaleńczym widzie kwietniki. Wonder dzielnie niesie 50 litrów ziemi:
Urocze słoneczne popołudnie, walczę z kacem:
Zgodnie z zaleceniem, które zawsze słyszymy od Jacka Ystada, udajemy, że nam się podoba, a Bolek zostaje gwiazdą telewizji:
Pod czujnym okiem kamery i Daniela sadzimy aksamitki, rozmaryn i lawendę
A ja nadal walczę z kacem i doznaję istnego słowotoku, chociaż tak naprawdę nie do końca wiem, co mówię, o czym mówię i jaki jest szerszy zamysł mojej wypowiedzi (co jednak spotyka się z uznaniem w oczach dziennikarki, którą najbardziej zachwyca ignorancja Wondera w zakresie... wszystkiego, co dotyczy MPO).
Kuba jest kwiaciarką, sprzedaje tu róże:
Na koniec powiedzieliśmy jeszcze mnóstwo rzeczy, o których nie mamy pojęcia i można już było oddać się kontemplowaniu wykonanego dzieła:
Lokalni mieszkańcy byli bardzo zainteresowani całym przedsięwzięciem:
Ale kiedy wracaliśmy na zasłużony odpoczynek przy herbacie i ciastkach, okazało się, że (jeszcze wczoraj stała w lesie, dzisiaj przyszła do nas) nieśmiało włączyli się jednak do akcji:
Dziękuję wszystkim za przybycie, Uli za zdjęcia, Wonderowi za przyjęcie do partyzantki, Danielowi za wyrozumiałość, i tak dalej i tak dalej.
Ou, that was FUN, jak mawiał pan Patafian z Monty Pythona.
Facebook bawi, uczy wychowuje
Subskrybuj:
Posty (Atom)