Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotorelacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotorelacja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 czerwca 2010

BFK 2010 - fotorelacja

Tegoroczne BFK to zdecydowanie przełom w moim festiwalowym życiu - po raz pierwszy nie spędziłam konwentu pijąc w krzakach i czołgając się do domu nad ranem, a co więcej, jest mi z tym bardzo dobrze. Dawno już nie czułam się tak pracowita i podbudowana własną aktywnością. Duchową przemianę zawdzięczam głównie nieobecności Timofa, który zlecił mi surowo opiekowanie się Olivierem Schrauwenem oraz otwartej formule festiwalu, zachęcającej uczestników do angażowania się w jego współtworzenie. Aby uczcić tę niezwykłą metamorfozę, prezentuję poniżej rozmaite aktywności z minionego weekendu.

Docieramy do hostelu, wszyscy w dobrych humorach, ale czy na pewno? Wczoraj w powiększeniu ze zgrozą odkryłam, że jedyną nadal niezadowoloną z życia osobą jestem ja. Nie ma to jak skwaszona twarz na początku festiwalu! A propos hostelu i lamentów, że jest na końcu świata - otóż NIE JEST. W sobotę szliśmy z Danielem piechotą i dotarcie do Starówki zajęło nam 15 minut, więc jest to odległość, którą w Warszawie wszyscy przemierzają bez płaczu. Jeżeli macie ochotę posłuchać teorii o tym, jak rodzaj zabudowy wpływa na percepcję odległości, zgłoście się do Daniela.

W ramach zadośćuczynienia za poprzednią minę przesadzam w drugą stronę i przemieniam się w Pyzę na polskich dróżkach. Nic dziwnego, że Olivier trzyma bezpieczny dystans, skoro ja wyglądam tak, klub znajduje się w krzakach, a kameralne piwko przy stoliku zamienia się w ciągu kilku minut w imprezę porno. Za wysłanie nas do "Buffetu" odpowiada Jakub Babczyński. Dziękujemy!

Freestyle komiksowy nr 1, zaaranżowany przez Spella. W tym roku postanowiłam nie rysować na kadrach siebie, ale nieco wyewoluować, mając w pamięci mój pierwszy ISBN - "Muchy". Przy okazji zastanawiam się, które komiksy jamowe mają większy urok - czy te, gdzie można rysować wszystko, co się chce (penisy), czy nieco jednak wykastrowaną szkołę TeO, ze sztywnym podziałem na kadry i absolutnym zakazaem umieszczania genitaliów/przekleństw.

Jestem jak sinusoida Krzyżanowskiego, opisująca epoki romantyczne i racjonalistyczne. Po pyzatym wieczorze smucę się na śniadaniu. Wonder robi podbudowę teoretyczną pod lożę szyderców, Daniel fotografuje.

Warsztaty mistrzowskie z Olivierem. Naszym zadaniem było stworzenie niekończącego się komiksu na wstędze Moebiusa (nie, nie tego rysownika).

Największym problemem okazało się samo wykonanie wstęgi, a konkretnie - który koniec skleić z którym, tudzież w którym momencie kadry zaczną przechodzić na drugą stronę.

Wysilam maksimum wyobraźni przestrzennej, której nie mam zbyt wiele - w drodze powrotnej dwukrotnie pomyliłam tył pociągu z przodem, w dodatku zupełnie na trzeźwo.

Skończony komiks Oliviera. Przy okazji warsztatów miałam okazję przekonać się, że wszystkie pochwały pod adresem Bogdana z ekipą i Radka, które pojawiały się w relacjach z zeszłego roku, były jak najbardziej uzasadnione. Całe przedsięwzięcie udało się zorganizować właściwie od zera w pół godziny, przy czym wszystko odbyło się w miłej i bezproblemowej atmosferze. Dostaliśmy nawet psa, żeby sobie dyszał pod stołem, co przypomniało mi o pozostawionym na pastwę instynktu dziadkowskiego moich rodziców Bolku.

Spotkanie z Olivierem, prowadzi Daniel, ja tłumaczę, ponieważ zawsze wydawało mi się, że świetnie się do tego nadaję. Nadal tak uważam, chociaż przyjmuję z pokorą do wiadomości, że mówiłam za cicho. I może rzeczywiście nieco mnie poniosło z określeniem czerni i bieli jako plam barw. Przy okazji, "Mój syn" to niesamowity komiks i lepiej go sobie kupcie. A jeszcze przy innej okazji, serdeczne wyrazy zachwytu dla Wondera, który podpowiedział mi imię dla mojego piątego dziecka, jeżeli będzie to syn. Nazwę go Darwin. Serio.

Druga runda bitew komiksowych, w której zostaję starta na proch przez Asu. Na tej fotografii widać, że mam podgardle niczym waran z Komodo, ale ze względu na drugi plan wrzucam właśnie to ujęcie. Wśród moich wygranych komiksików znaleźli się kultowi już "Jaćwingowie", którzy na afterparty przyprawili wiele osób o konwulsje, ale jako osoba gołębiego serca oddałam ich Olivierowi, żeby mógł należycie promować polski komiks w Belgii. Przy okazji, zdaje mi się, że na chwilę obecną formuła bitew się wyczerpała - widać zmęczenie i zawodników, i publiczności, która tłumnie ogląda pierwsze trzy rundy, po czym znika i nie wraca. Przydałoby się przy tym pomajstrować.

Tutaj Nina i Norbert, rodzeństwo, które udało mi się schwytać i zaciągnąć na moje niedzielne warsztaty z interperetacji Gapiszona. Norbert zdecydowanie zniszczył mnie i Kolca - zapytany, czym się interesuje powiedział, że animacją. Naiwnie i milutko zapytaliśmy "A, to jakie lubisz kreskówki?", na co Norbert powiedział, że kreskówki są głupie, a on woli animację poklatkową.

Po weekendzie pełnym wrażeń nie pozostało mi nic innego niż powróżyć sobie przy użyciu papugi. Daniel bardzo sprytnie utrwalił ten moment - papugi nie widać. Well done! Dobra wiadomość jest taka, że będę żyła 90 lat. Trochę mnie to uspokoiło.

Na zakończenie spędziliśmy uroczą godzinę na dworcu, czekając na pociąg Rutu i Oliviera, o którego opóźnieniu PKP postanowiło chytrze nie informować, pozwalając podróżnym niespokojnie kłębić się na peronie. O dziwo "Słoneczny" przybył na czas. Drogę powrotną spędziliśmy z Danielem na drzemaniu i lekturze komisów. Jestem urzeczona "Siedmioma tygodniami", szczególnie paskiem, w którym psycholog hipnotyzuje bohatera. Nie sądziłam, że w trzech kadrach można tak precyzyjnie przedstawić życiową postawę, która jest mi bardzo bliska. Kupiliśmy też najnowszy numer zina Grupy Trzymającej Pędzle, w którym zachwycił mnie komiks Mei, wywołujący lawinę własnych wspomnień z sali gimnastycznej w podstawówce i przygody Batmana, niestety zapomniałam czyjego autorstwa. Śmiejąc się z nich wesoło "Ha ha ha" wysiedliśmy na Centralnym trzeźwi, zmęczeni i zadowoleni. BFK nadal zostaje moim ulubionym festiwalem komiksowym, a tegoroczna edycja to najbardziej udana impreza, na jakiej byłam. Jednak praca bywa zabawniejsza niż picie (czasem).

Pozdrawiam przy okazji Superjednostkę i Ewę, których niestety nie wypatrzyłam już później (chociaż nie sądzę, żebyście rozpaczali z powodu nieotrzymania mojego autografu :) i Hadesa, właściciela jakże wymęczonej Mamelii.

poniedziałek, 5 października 2009

MFK 2009 - fotorelacja

Witam witam, wróciło się z Łodzi i się wrzuci parę zdjęć. Większość zrobił Daniel, mi się jak zwykle nie chciało.


Wyruszamy do Łodzi z Kasią i Arczem. Nie wiemy jeszcze, że ta przejażdżka zajmie nam ponad trzy godziny, że kanapki się skończą, tajemnicza rura urwie (się) i że zapadnie zmrok. Tym niemniej, dziękujemy!






Po przyjeździe i zalogowaniu się w Tanich Noclegach Syrena (polecamy - jest tanio, jest ciepło, a poza tym obsługa troszczy się niezwykle o moralność gości i nieoszukiwanie pod natryskami-ale-ja-i-Daniel-przechytrzyliśmy-system-ahahahahaha) udaliśmy się niezwłocznie do Łodzi Kaliskiej, gdzie wszyscy już byli, a jeszcze więcej wszystkich dotarło w trakcie wieczoru i nocy. Były tańce i ładowanie, były komiksiki i długie, mętne rozmowy. Oficjalne podziękowania dla Jaszcza za ocalenie autorskiego egzemplarza "Skina". Kochamy Ciebie.


Następnego dnia, lekko tylko zważeni po powrocie o piątej do Syreny, za to ożywieni porannym przybyciem Wondera z kanapkami i dużą dozą ironii, udaliśmy się na festiwal, kupiliśmy więcej komiksików niż może się zmieścić na flocie zjednoczonych regałów na książki, po czym nieco utknęło mi się na stoisku Dolnej Półki, gdzie w rekordowo wolnym tempie rozdałam kilka autografów. A potem było obiad w lokalu Sioux, który zgodnie postanowiliśmy zniszczyć za pomocą naszych opiniotwórczych blogów (najbardziej postanowił to Gonzo). Czekaliśmy na jedzenie nieprawdopodobnie długo (a lokal był pusty), porcje były małe, żeberka Przemka składały się z żeberek, frytki zimne, a poproszony o rachunek kelner przepadł na kolejne kwadranse. Tomek Pstrągowski nie dostał faktury, bo nie było managera. Nas tam nie chce być. I was też nie. Pamiętajcie.


Przed wieczorną imprezą postanowiliśmy nieco zrelaksować się w hostelu oraz zrobić się na bóstwo. Wonder niestety okazał się wyjątkowo krnąbrny i odrzucił propozycję wiązania, makijażu i prostowania włosów. Ufny we własne siły i moc kapsla "Ochota na mnie", dokonał tego wieczoru wielu magicznych sztuk.


Tutaj walczy w wyborach Miss Festiwalu. Zdjęć dokumentujących inne dokonania, między innymi wizytę w kebabie, przez grzeczność nie opublikuję.


Oto ja, jak zwykle pogodna i szczęśliwa (chociaż podobno zdarza mi się być dostrzegalnie zadowoloną z życia w ostatnich tygodniach). Przy okazji nadmienię, że o ile towarzysko festiwal był fantastyczny, to nie bardzo podobało mi się w Wytwórni, gdzie przez większość czasu było za głośno, żeby spokojnie porozmawiać, miejsc siedzących niewiele, za to wielkie kolejki po piwo (przez pierwsze godziny) i zero jedzenia (kiedy już zgłodniałam). Do tego wszystkiego powierzchnia była ogromna i całe towarzystwo rozlazło się między lodowatym korytarzem dla palaczy, wspomnianymi kolejkami, podziemiami, koncertem itp. Dużo bardziej podobał mi się swojski ścisk w Łodzi Kaliskiej, do której ostatecznie próbowaliśmy przenieść imprezę za pomocą wyścigu rikszami, ale o czwartej rano riksz już nie było, a do Łodzi nas nie wpuszczono. Skończyło się więc bełkotaniem w kebabie.


A tutaj również znany z wesołego usposobienia Daniel.


Łukasz Babiel przy pracy nad tradycyjnym już festiwalowym dziełem zbiorczym, spoczywającym obecnie w tajnych archiwach. Przy okazji, zastanawiam się, jak się czuli ludzie, którzy w ramach Dnia Darmowego Komiksu dostali na stoisku Timofa "Muchy" z elegancką okładką KRLa, a potem zajrzeli do środka.


W niedzielę miło było wstać po trzech godzinach snu i ponownie poczołgać się pod ŁDK. W czasie całego festiwalu udało mi się utrzymać wysoką formę i za wszelką cenę unikać spotkań, warsztatów i prelekcji, skusiłam się jednak na prowadzoną przez Macieja rozmowę z Surpiko, którego znam z Digartu, a teraz mam także przyjemność znać osobiście. Przemek narysował nam bardzo eleganckiego i dystyngowanego Hmmmarlowe'a, a ja wieczorem zaczęłam czytać sam komiks, i tak mi się podobał, że przerwałam po trzech stronach, żeby starczyło na dłużej. Jeżeli chodzi o zakupy, polecam też "Łaumę" z zachwycającą wydrą, "Rogala Egejsona", którego przeczytałam do poduszki, a także "Cyrkielnię", z której na razie widziałam tylko plakat "Piłatów", bo za każdym razem otwieram na nim, śmieję się i śmieję, po czym nie mam już siły sprawdzać, co jest dalej. Polecam też "Skina". Fantastyczny skład i liternictwo. Reszta nabytków czeka w kolejce do lektury.



Łukasz "Arcz" Mazur, redaktor "Kolorowych Zeszytów" próbował udowodnić nam, że Kuba Oleksak istnieje. Jednak jak dowodzi to zdjęcie, sam nie jest o tym do końca przekonany.


Na koniec podziękowania dla pozostałych członków Fantastic Four z Syreny. Mam nadzieję, że w tym samym składzie uda nam się przepić i zdissować jeszcze niejeden festiwal.

Komplementarna relacja nastąpi na blogu Daniela, spodziewajcie się setek tysięcy słów i zupełni unikatowych fotografii.