poniedziałek, 2 stycznia 2017

Danuta Bieńkowska, Chwila prawdy




Rok 2017 zaczynam rootsowo, od zakupionej na kiermaszu syryjskim IKP książki z 1984 roku z wpisaną fioletową kredką dedykacją: „Małgosi na imieniny ciocia i wujek oraz Pawełek Przyjemscy” (jeżeli Małgosia to czyta i pragnie odzyskać prezent – proszę o kontakt).

„Chwila prawdy” to książka solenna. Opowiada o nastoletniej Magdzie, dziewczynie z małego miasteczka, która wyjeżdża do Warszawy żeby uczyć się w liceum pielęgniarskim. W powieści Bieńkowskiej pielęgniarstwo to powołanie i służba, nie jakaś tam praca. Trzeba dążyć do doskonałości, wykazywać się hartem ducha, empatią, ale nie czułostkowością. Wychowawczyni dziewcząt, całkiem młoda jeszcze Alina, opisana jest tak: „Traktowała swoją pracę jak posłannictwo. Należała do nielicznych kobiet, które mając wszelkie dane po temu, żeby zostać lekarką, obrały zawód pielęgniarki twierdząc, że daje im rozleglejsze pole do działania (...). Zdawała sobie sprawę, że po to, by skutecznie oddziaływać na młodzież, musi sama okrzepnąć wewnętrznie, ustalić swój pogląd na świat, podporządkować systemowi całą wiedzę teoretyczną...”. Alina nie zakłada więc rodziny, pomimo powodzenia u mężczyzn. Uważnie obserwuje swoje wychowanki, a po pracy pisze książkę o społeczniczce Annie Rydel.

W „Chwili prawdy” ważne są wartości. Magda uważnie analizuje siebie, koleżanki, rodziców, otoczenie. Nie ma beztroskiej zabawy, nastoletnie wygłupy nad kieliszkiem wina kończą się nieprzyjemną sceną, ukochany Magdy martwi się, że koleżanki z internatu mają na nią zły wpływ – dziewczyna przestaje dbać o ubranie (po co, skoro w internacie wszystko jest siłą rzeczy wspólne, a wyprasowana starannie bluzka wpadnie w ręce potrzebującej jej akurat teraz sąsiadki z pokoju?), przestaje czytać – tego Marek, twardy student polonistyki, piszący własne wiersze i zarabiający na chorą matkę i ciotkę, znieść nie może. Trzeba przyznać Bieńkowskiej, że umie pisać swoje postaci: spracowana matka bohaterki i ojciec, który po poważnym wypadku (spowodowanym nadużywaniem alkoholu) traci intratną posadę i zostaje rencistą-magazynierem, odciętym od uroków życia w delegacji. Bezdzietna, zamożna ciotka, która zabiera Magdę do Warszawy i traktuje jak córkę, ale potem rodzi własne dziecko – i nie, nie zamienia się konwencjonalnie i przewidywalnie w macochę z baśni, ale po prostu niezbyt radzi sobie z płaczliwym niemowlęciem, przewracającym do góry nogami jej uporządkowane życie. Panorama pochodzących z różnych środowisk koleżanek Magdy, a także, wyjątkowa gratka, opis hippisowskiej komuny w Londynie, do którego Magda wyjeżdża na kilkutygodniowe stypendium, żeby przyjrzeć się systemowi znakomicie prowadzonych hospicjów. „Młodzi ludzie z którymi teraz przebywała, posiadali wiele z reklamowanych przedmiotów, a choć co chwila narzekali na brak pieniędzy, standard ich życia był dość wysoki. Czy jednak uważali się za szczęśliwych?”

Solidna pozycja do analizowania, polecam.

[OW]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz